Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science-Fiction. Pokaż wszystkie posty

7 maja 2014

[Miniatura] Przegrana walka

Przegrana walka
        Krwistoczerwona łuna wstępowała na nieboskłon kocim krokiem, bezlitośnie przeganiając swego odwiecznego wroga. Mrok niczym pies z podkulonym ogonem chował się poniżej przeciwległej linii rozdzielającej świat rzeczywisty od fantastycznego. Pozornie martwe i nieruchome, niezliczone jasne punkciki bladły w blasku swojego krewnego, który trzymał pieczę nad wszelkim ziemskim stworzeniem. Cienie zatańczyły po wzburzonej tafli bezkresnego, zielonego morza, na którym niczym majestatyczne żaglowce wznosiły się strzeliste wieże. Wszystko budziło się do życia po krótkiej drzemce, po odpoczynku od codzienności. Zielone, rozłożyste korony wysokich drzew migotały tysiącem światełek, podobnie jak trawa u ich stóp. Grzybowe kapelusze odbijały dające nadzieję promienie, posyłając je między swoich przyjaciół. Dobra nowina o powracającym panu rozchodziła się po okolicy jak strzała pędząca ku sercu nieświadomej ofiary. Słońce kochało swoich podwładnych zależnych od jego dobrej woli niesienia światłości i otuchy. Wznosiło się wysoko, zmniejszając chwilowo królestwo cieni.
        Nieśmiałe promyki przemykały pomiędzy wieżami, niekiedy zatapiając się w nich, by nigdy nie móc uciec. Pokryte wielkimi połaciami przezroczystego szkła budowle chłonęły je niczym wygłodniała zwierzyna zdobycz. Gdzieś w tej szaroburej rzeczywistości wałęsały się przedziwne stworzenia - ludzie - którzy nad wyraz kochali Słońce, co chwila na nie spoglądając. Weselili się, gdy pozwoliło im zasmakować swojego dobrodziejstwa, otulało ich bowiem nie tylko światłem i ciepłem, lecz również nadzieją. Nadzieją na kolejny spokojny dzień.
        Nikt się nie przejął, gdy po przejmująco głębokim, błękitnym stropie przemieszczał się samotny biały wędrowiec. Był niczym kłęby waty, wydawał się lekki i przyjazny, lecz jego prawdziwa natura szybko wyszła na jaw - przesłonił on piękną tarczę, rzucając na pola, lasy i miasto dołujący cień. Piękne kielichy na zielonych nóżkach opadły i zamknęły się, cierpliwie czekając na powrót swojego starego przyjaciela. Mimo panującej szarości, gdzieś pośród szlachetnych koron dało się słyszeć radosny świergot. Nikt nie zauważył, jak tajemniczy niebiański jeździec pędził na spotkanie białemu wędrowcowi. Zdawał się lecieć niczym strzała, celując w sam środek skłębionego nieszczęścia. Nieboskłon rozdarł się na dwoje szarą wstęgą, strzała przeszła na wylot, mknąc dalej niczym niewzruszona. Tym razem walka była przegrana. Znad horyzontu zbliżały się kolejne bryły.
        Miasto żyło, a Słońce walczyło o to dzielnie, korzystając z każdej, choćby najmniejszej, przerwy w kawalkadzie białych wędrowców. Wszyscy byli wdzięczni, że walczyło dla nich. Nikt się nie spodziewał, że już nigdy go nie ujrzą…

2 stycznia 2014

Cztery godziny - opis


Cztery godziny
Druga część trylogii Krieg Drei
science-fiction, szpiegowskie
publikowane


        Na orbicie Krieg Drei rozegrał się dramat - zwykła walka treningowa przerodziła się w śmiertelny pojedynek. John za wszelką cenę chce wykryć przyczynę tego wydarzenia, a dodatkowo zostanie obarczonym ważnym dla przebiegu wojny zadaniem na obcej planecie.
        Cztery godziny to kolejne po Trzech warunkach opowiadanie science-fiction z elementami szpiegowskiej intrygi, wojny i super mocy. W tej części wydarzenia skupiają się na dwóch planetach odległych od Ziemi, na których jednak rządzą dobrze znane nam nacje - Rosjanie oraz Amerykanie. W drugiej części trylogii poznamy nowych bohaterów, pojawi się postać kobieca, która trochę namiesza w planach Johna.


Spis rozdziałów

        Na Krieg Drei rządziło amerykańskie wojsko. Planeta o powierzchni trzy razy mniejszej niż Ziemia była zamieszkana jedynie na obszarze o wielkości małego miasteczka we wschodniej Polsce, który w całości należał do armii. Mieściło się tam bowiem lotnisko, kilka baraków mieszkalnych, dwa niewielkie budynki dla mniej ważnych dowódców oraz wreszcie wielki gmach tajnych służb. Pomiędzy nimi ulokowano dzielnicę dla zesłańców, którzy byli niewygodni na błękitnym globie. Potęga Krieg Drei tkwiła jednak w rozbudowanej sieci tuneli i bunkrów, których plany były pilnie strzeżone, a dostęp do nich miały tylko trzy osoby na miejscu i dwie na Ziemi.
        Codziennie w bazie wojskowej pracowało kilka tysięcy osób, stacjonowało kilkaset nowoczesnych, międzyplanetarnych szturmowców i mieszkało blisko tysiąc cywilów. Do podziemi schodziło najwyżej dziesięć procent mieszkańców. Niektóre pomieszczenia przeznaczone były tylko dla oczu garstki wybranych doradców, a istniały takie, w których bywał wyłącznie Wódz.

        Ogromne wyświetlacze w centrum dowodzenia ukazywały mrożącą krew w żyłach scenę. Szerokokątne kamery transporterów nieustannie wysyłały obraz na żywo z wydarzeń w przestrzeni kosmicznej należącej do Krieg Drei. Niewielkich rozmiarów statek szturmowy klasy Mango, który przypominał bardziej latające skrzydło, niż pojazd bojowy, z trudem manewrował to w lewo, to w prawo, uciekając przed śmiercionośnym pociskiem. Przy tak ostrych zwrotach na pilota działały ogromne przeciążenia i nie wiadomo było, czy ten wciąż jeszcze żył, gdy w końcu oberwał w ogon. Komory tlenowe rozszczelniły się w wyniku uderzenia, tworząc wielką kulę ognia, która zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Mango zmienił się w kupę odłamków, poskręcane aluminium wirowało w próżni niczym bączek, roztrzaskane w drzazgi włókno szklane pędziło w przestrzeń jak pociski napędzane falą uderzeniową. Całość była wielce niebezpieczna dla pojazdów przebywających na orbicie Krieg Drei, ale także na powierzchni planety – ciężki silnik, choć nadtopiony, cudem nie ucierpiał w wypadku i powoli wytracał swą energię, z wolna zbliżając się ku atmosferze globu. Nie minęło dużo czasu, a zupełnie zmienił się w kulę parującego, płonącego płynu, która przegrywała z bezlitosną siłą grawitacji planety.
        Widok na monitorze nie pozostawiał złudzeń – pilota mogła uratować jedynie katapultacja, a tej nikt nie zauważył. Zgoła inaczej sytuacja wyglądała z powierzchni planety, skąd tragiczny finał rutynowych ćwiczeń oglądało wielu zwykłych żołnierzy odciągniętych od służby widokiem, jak sądzili, meteorytu.

        Szczęki im opadły, gdy zamaskowany pilot ujawnił swoją zaskakującą tożsamość. Lekko brązowawa skóra połyskiwała tysiącami perlistych kropelek potu, dłuższe włosy opadały swobodnie na ramiona, podkreślając owal twarzy, z której sterczał nieco przyduży nos. Wygląd Gardrana zmienił się nieznacznie, choć dwóch Amerykanów z przekonaniem rozpoznało swojego przyjaciela, co tym bardziej ich zszokowało. Orłow odwrócił wzrok, udając, że zajmuje się czymś ważnym. Jedynie Alatho wydawał się niewzruszony całym zajściem i podchodził do sytuacji z zapasem zrozumienia i akceptacji. Skinął głową na krzesło i kazał Gardranowi usiąść, a Magnus miał zaczekać na zewnątrz. Gdy już opuścił centrum dowodzenia, rozpętało się piekło.
        – Coś ty, do cholery, sobie myślał? – krzyczał. – O co tu chodzi?
        – Szefie, ja… – nie dokończył, bo do hali wpadło pięciu żandarmów w pełnym uzbrojeniu.
        Na głowach mieli czarne kaski z włókna szklanego z ruchomą przesłoną na oczy. Po bokach namalowano czerwono-żółte płomienie przypominające emblemat Policji Wojskowej. Długie, ciemne płaszcze, przewiązane w pasie czerwoną szarfą, wzmocnione były stalową siatką. W urękawiczonych dłoniach żandarmi trzymali oburącz krótkie konwencjonalne karabinki, a w kaburach noszonych na plecach znajdowała się broń najnowszej generacji, której specyfikacja była tajna. Jeden z mężczyzn powalił Gardrana kopniakiem, następnie kilku z nich wykręciło mu ramiona za plecy, gdzie przewiązali je stalowym ściskiem.

        Znikąd pojawiło się trzech sanitariuszy ubranych w swoje białe fartuchy z czerwonym logo służby medycznej. Żaden z nich nie miał więcej niż dwadzieścia parę lat, choć ich twarze zdradzały, że przeżyli wiele trudnych chwil w życiu. Zmarszczki uwydatniały się, gdy byli w stresie, próbowali bowiem podtrzymać Gardrana przy życiu. Jeden z medyków mruknął coś do swojego radia, a na sali natychmiast pojawiło się kolejnych dwóch, którzy nieśli składane, aluminiowe nosze. Metal połyskiwał, ładnie wypolerowany, w zimnym świetle reflektorów, co Johnowi przypominało nieco klimat panujący w kostnicy. Śmierć wisiała w powietrzu, ogarniała swoimi mackami zniechęconych sanitariuszy i beznadziejnie rannego Gardrana, którego oczy zmętniały i straciły swój naturalny blask. John pochylił się nad przyjacielem, nie czuł oddechu, pulsu, ciepła żyjącego, pracującego organizmu. Gardran zgasł.
        – Nic z tego – oznajmił Adler sanitariuszom.

        Z miejsca, w którym jeszcze przed momentem stał budynek cywilny, buchnął wielki ognisty obłok, osmalając ocalałe gmachy. Jasność żaru wypełniła okolicę i zgasła, pozwalając czarnym chmurom opleść okoliczne bloki i hangary. Ułamek sekundy potem najbliższym otoczeniem katastrofy zawładnął ogłuszający huk szybko rozchodzący się we wszystkich kierunkach. Towarzyszyła mu energia, która przesuwała stojące na drogach pojazdy, burzyła co słabsze konstrukcje i łamała anteny transmisyjne. Gdy pierwsza chmura pyłu, szczątków i opiłków przerzedziła się, zza niej zaczęły prześwitywać ostre jak brzytwa kształty wrogiej maszyny. Jedno ze skrzydeł, wygięte od temperatury i siły zderzenia, sterczało głęboko wbite w ziemię tuż za budynkiem. Nos maszyny niknął gdzieś w czeluściach gruzowiska, docierając do betonowych szkieletów podziemnych korytarzy. Wyżej położone przejścia zostały zasypane, a wielu ludzi straciło w ten sposób znakomitą drogę ucieczki. Płaty poskręcanej stali z drugiego skrzydła wyrzuciło gdzieś daleko, jakby niosła je jakaś niewidzialna siła. Podobnie statecznik maszyny, który, ułamany w połowie, wylądował na dachu pobliskiego hangaru.
        Pracownicy z górnych pięter odczuli potężny wstrząs. Z szaf pospadały książki, segregatory i liczne dzienniki; z biurek komputery, drukarki i inne elektroniczne sprzęty. Ludzie obijali się o siebie, o ściany i podłogę. W pierwszej chwili nikt nie mówił o ofiarach.

        Krieg Drei była planetą podobną do Ziemi. Choć przeważały tereny głównie skaliste i pyliste, nie zabrakło na niej miejsca dla bujnych traw, kwiatów oraz krzewów. Tych ostatnich było najmniej, a drzew nie widywano tu wcale. Wielkie połacie skalnych pustkowi zamieszkiwane były przez rdzennych mieszkańców, którzy mieli w zwyczaju osiedlać się daleko od terenów zielonych. Na własną rękę uprawiali w przydomowych ogródkach gatunki traw, które mogły służyć jako pożywienie. Zwierząt prawie wcale nie było. Na kwiatach przysiadały owady, które z jakiegoś powodu mieszkańcy omijali szerokim łukiem. Między listkami krzewów dało się znaleźć ślimaka, biedronkę czy nieznane ludzkości nowe gatunki organizmów żywych. Mieszkańcy Krieg Drei zjedliby wszystko, co pozytywnie wpłynęłoby na ich zdrowie.
        Byli oni podobni do ludzi. Z zewnątrz do złudzenia przypominali nasz gatunek, choć od razu rzucały się w oczy wyraźne różnice. Ich zęby były równe i spiczaste, a oczy schowane nieco głębiej w czaszce. Poruszali się na dwóch długich, w stosunku do reszty ciała, nogach, co pozwalało im rozwijać w biegu niesamowite prędkości oraz skakać nieprawdopodobnie wysoko. Chodzili nago. Dymorfizm płciowy nie istniał, toteż nie wstydzili się siebie nawzajem. Nie posiadali też organów, które na Ziemi wypadałoby zakryć listkiem.

26 lipca 2013

Trzy warunki - opis


Trzy warunki
Pierwsza część trylogii Krieg Drei
science-fiction, szpiegowskie
zakończone


        W bazie wojskowej w Czelabińsku dochodzi do pożaru hangaru supernowoczesnego myśliwca, zdolnego do lotów na orbitę i z powrotem. Podczas akcji gaśniczej w sąsiednim pomieszczeniu dochodzi do wybuchu bomby. Będący na miejscu zastępca dowódcy bazy - major Konstanty Orłow - zostaje odesłany przez ekipę strażaków do swojego gabinetu. Co spowodowało pożar? Dlaczego najnowszego myśliwca Tu-C43 nie wyprowadzono z hangaru na czas akcji gaśniczej? Kto podłożył bombę? Major Orłow niewątpliwie komuś się naraził...




Spis rozdziałów

        Dzień był mroźny i śnieżny, lecz niepokojąco cichy. Srebrzystobiałe płatki zawisały w bezruchu na okiennych szybach, uzbrojonych w niebieskie od pokrywającego je lodu kraty. Wicher dął głośno w szparach między framugami a żelbetową ścianą.
        Major Konstanty Orłow siedział, jak zwykle, przy swoim mahoniowym biurku, na którym stał sfatygowany proporczyk zastępcy dowódcy bazy wojskowej w Czelabińsku.
        Sięgnął w głąb szuflady, szukając po omacku pękatej butli z bursztynowym płynem. Układając pomarszczone palce na szklance, zawahał się przez chwilę i cofnął rękę, by w końcu pociągnąć dużego łyka prosto z gwinta. Spojrzał w swoje odbicie w szyjce i ponownie zasmakował w szkockiej, którą otrzymał z okazji awansu na stopień generała. Do dnia degradacji był jednak abstynentem.

        Ignacy Lebiediew osunął się na kanapę w swoim gabinecie.
        Urządzona po staroświecku lekarska kancelaria już od progu sprawiała wrażenie przenikliwie chłodnej. Jasnoniebieskie lamperie, ozdobione licznymi dyplomami, certyfikatami i podziękowaniami, na każdej nierówności żelbetowej ściany jarzyły się ostrym światłem brzęczącej świetlówki. Brudnoszara zasłonka, przewieszona między pordzewiałymi gwoździami we framudze okna, wcale nie dodawała pomieszczeniu uroku.
        Doktor spoczywał na pokrytej ręcznie tkaną narzutą kanapie, która służyła też jego poprzednikowi, a także wielu wcześniejszym chirurgom szpitala polowego w czelabińskiej bazie. Z bladą twarzą i przymkniętymi oczyma przyglądał się jarzeniówce, dającej monotonny koncert życia.

        John Adler odetchnął z ulgą, zadanie było wykonane. Bezpiecznie dotarł ze swoimi współpracownikami na pokład najnowszego Skyspy’a.
        Wolna przestrzeń we wnętrzu w zupełności wystarczyła, by pomieścić kilkanaście osób. Część pasażerska nie była niczym oddzielona od kokpitu, za to wyraźnie ogrodzono miejsce, gdzie przechowywano bagaże. Plecaki trzech amerykańskich agentów leżały jednak na dwóch ławkach ustawionych po obu stronach wąskiego korytarza prowadzącego z kabiny pilota na ogon maszyny.
        Skyspy był największym śmigłowcem pasażerskim w powietrznej flocie Stanów Zjednoczonych. Z zewnątrz przypominał mocno skróconego dawnego boeinga 747, pozbawionego skrzydeł i silników. Te ostatnie zastąpiły dwa wielkie śmigła przymocowane do dachu za pomocą obrotowych trzpieni.

        – Punkt orientacyjny FR-CLB osiągnięty – oznajmił skrzeczący głos wydobywający się z głośników. – Kieruję się na punkt orientacyjny CC-PKN.
        Adler trawił informację z niedowierzaniem. W pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał, jednak autopilot szedł w zaparte:
        – Punkt orientacyjny CC-PKN za sześć godzin.
        Robin w rosyjskim malowaniu zmierzał do Chin. John sam już nie wiedział, co jest gorsze: odbywanie kary w bazie czelabińskiej, czy pekińskiej. W końcu zdecydował wziąć sprawy w swoje ręce.
        A te miał spętane. Poruszał nadgarstkami dyskretnie i powolnie, by przykręcona do podłogi ławka nie zaskrzypiała, co by go zdradziło. Pozwolił za to kroplom krwi swobodnie ociekać na poszycie helikoptera. Wypływający spod poszarpanej linki płyn zdążył utworzyć już kałużę, gdy maszyną znów gwałtownie rzuciło.

        Ciemność.
        Gdy Adler otworzył oczy, nie zobaczył nic. Ile spał? Gdzie był? Jego wzrok nie był w stanie zobaczyć niczego w przenikliwym mroku, jaki panował tam, gdzie się znalazł.
        Smród.
        Jego nozdrzy dobiegła woń tak obrzydliwa, że mało nie puścił pawia. Swąd rozkładającego się ciała zdawał się wnikać w każdy receptor węchowy, terroryzując go nieprzyjemnym uczuciem zbliżającej się cofki.
        Ziąb.
        Całym jego ciałem wstrząsały dreszcze, wnikając głęboko w strukturę mięśni, co dodatkowo powodowało drgawki. Trząsł się z zimna jak igła na wskaźniku natężenia pola magnetycznego.

        John przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Węsząc kolejną intrygę, posłusznie odłożył ciężkawą paczkę tam, gdzie mu kazano i nie odzywał się. Zerkał co i rusz na Dave’a, jakby oczekując od niego wyjaśnień. Drań siedzi w tym głębiej ode mnie, a teraz się nie odzywa?
        Grainhell pokręcił tylko głową na znak, że nie ma pojęcia, co się dzieje. Zdezorientowani takim obrotem sytuacji, stale wymieniają spojrzenia, drepcząc od ściany do ściany, zupełnie nie zwracając uwagi na dziesiątki wściekłych szczurów.
        Stworzenia wydawały się mieć zupełnie gdzieś zaistniałą sytuację. Podjadały zwłoki w celi Johna, nie zwracając uwagi na nowy element wystroju. Tylko jeden gryzoń pogładził pakunek wąsami, a następnie obsikał go obficie, zapewne znacząc w ten sposób teren. W środku nie było dla nich niczego ciekawego, a przynajmniej nic lepszego od rozkładającego się ciała.

        Adler spojrzał na swojego sąsiada z celi, po czym na Xun Liego. Przez długi czas nikt z nich się nie odzywał, zerkając po sobie ukradkiem. W głowie Johna kłębiło się teraz tysiące myśli, z reguły złych i nieufnych. Co to znaczy, że musi przyjąć czyjąś moc? Jakie będą tego wady? Jakie zalety?
        Zegarek strażnika-przebierańca zapiszczał ostrzegawczo, oznajmiając nieuchronnie zbliżający się koniec warty. Chińczyk pospieszył agentów wymownym gestem, choć tamci wciąż milczeli.
        – Zgoda – rzekł John.
        – Co? – zdziwił się Dave.
        – Przyjmę moc plemienia z Io.

        Malutka oficyna z okienkiem służyła jako punkt zbioru, sortowania i wysyłki poczty. Pod parapetem stał mały, drewniany stoliczek, pod który starannie dosunięto plastikowe krzesło ogrodowe. Na blacie stała buteleczka z tuszem, nasączona nim gąbka oraz wielki stempel. Obok leżały zawinięte w folię gumki służące do grupowania kopert. W pekińskiej bazie dość skrupulatnie podchodzono do takich przyziemnych spraw jak poczta, wszak komunikacja wewnętrzna zakazana była drogą papierową, dlatego tego kanału używano głównie w celach komunikacji z rodzinami.
        Wywóz poczty odbywał się w każdy piątek i, zgodnie z planem, miał nastąpić również tamtego dnia. Urząd oddalony był od bazy o dwanaście kilometrów, więc Gardran miał nadzieję, że zdążą w tym czasie uciec.
        – Mam pewien plan – odezwał się w końcu John, nie wytrzymując napięcia.

        Adler zerwał się w stronę staruszka, wyciągając przed siebie zaciśnięte pięści. W ostatniej chwili rozluźnił je i chwycił Orłowa za klapy zielonej marynarki. Dwa medale spadły na podłogę, wydając ciche szczęknięcie. Amerykanin szarpnął majorem i oparł go o ścianę stworzoną z dziwnych wyświetlaczy.
        – Co to ma wszystko znaczyć? – wykrzyczał Rosjaninowi w twarz. – Co tu się, do cholery, dzieje?!
        – Spokojnie, John – odparł beznamiętnie Orłow. – Nie denerwuj się...
        Z głębi statku wybiegło dwóch wysokich, umundurowanych mężczyzn, którzy pochwycili Johna pod pachami i odciągnęli od zaatakowanego. Dave i Gardran przyglądali się tej scenie z niesmakiem, choć ten pierwszy miał taki sam mętlik w głowie co Adler.
        Orłow wygładził odzienie i przypiął zgubione blachy do piersi tuż pod kilkoma rzędami kolorowych baretek z całego świata. Podciągnął mankiet aż do łokcia i podsunął nadgarstek Johnowi pod nos.

        Johnowi wydawało się, że wszystkie układy podtrzymujące jego ciało przy życiu wyłączyły się nagle, a on sam przybrał barwę świeżo wybielonego papieru. To spoglądał na Orłowa, to odwracał wzrok. Co chwilę otwierał usta, by wydukać kilka słów, nie znając jednak takich, które wydawałyby mu się w obecnej sytuacji odpowiednie. Dopiero gdy poczuł, że tętno mu się uspokoiło, a mięśnie nieco rozluźniły, zdołał zaczerpnąć większy haust powietrza. Dotleniony mózg z wolna odzyskiwał sprawność, a Adler wychodził z szoku.
        Minęło jeszcze kilkanaście minut, zanim Amerykanin pojął to, co usłyszał. Nie dowierzał. Tak bardzo nie chciał uznać tego za prawdziwe, ale jednak.
        Nie myślał, co robi.

        Podczas rozpędzania pojazdu John i Dave siedzieli w małej toalecie, obficie wymiotując, nieprzyzwyczajeni do takich przeciążeń. Doświadczony pilot ograniczył turbulencje do minimum, a wyjście z ziemskiej atmosfery przebiegło gładko. Później była już tylko nieważkość.
        Dwóch Amerykanów, którzy pierwszy raz w życiu doświadczyli tego stanu, nie mogli się nacieszyć. Mimo ciężkiej sytuacji, w jakiej się znaleźli, bawili się znakomicie, fruwając od kokpitu aż po ogon statku. John wylał z butelki kilka kropel wody, które natychmiast zaczęły błądzić po pokładzie, niesione podmuchami ludzkich oddechów.
        – Włączam sztuczną grawitację – obwieścił głos z kokpitu.
        – Wykonano – odpowiedziały metalicznie liczne głośniki w pojeździe.
        – Uruchamiam napęd podświetlny.
        – Wykonano.

        Gardran wybiegł z terminala niczym wystrzelony z procy, wzbudzając spokojne do tej pory powietrze. Pognał za uciekającym napastnikiem z zamiarem pojmania i przesłuchania. Przeskakiwał kolejne przeszkody powywracane na podłodze, o jedną zaczepił stopą, wykładając się i dodając nowych sińców na obitej przez Johna twarzy. Skończywszy imponujący ślizg na nosie po błyszczącej terakocie, obcy podniósł się, gubiąc coś z łoskotem. Nie obejrzał się, pomknął niczym wiatr za zbiegającym starym Adlerem, mając nadzieję, że nadrobi stratę.
        Szybko okazało się, że miał rację, bo Adler czekał na niego za najbliższym rogiem, trzymając w rękach ten sam oszałamiacz, z którego strzelił wcześniej do swojego syna.
        Szybka reakcja pozwoliła Gardranowi uniknąć niebezpiecznej wiązki, choć stracił na chwilę koncentrację. Zanim skupił się na przeciwniku, tego już dawno tam nie było. Kątem oka zarejestrował jednak ruch za sobą, ale było za późno. Dostał w głowę kolbą, a obraz przed oczami zamienił się w jedną czarną jak nocne niebo pustkę. Upadł.