4 grudnia 2011

Dziedzictwo rodu Shettleton - Rozdział dwunasty


Rozdział dwunasty

        Stanęli naprzeciw siebie. Patrick przyjął pozę pełnej gotowości do natychmiastowego rzucenia czaru blokującego. Adella nie marnowała czasu, lecz pragnęła zabawić się ze starcem raz jeszcze. Tym razem na poważnie. Wymierzyła w niego swoimi długimi, polakierowanymi na czarno pazurami i wymruczała krótką formułę, po której w stronę przeciwnika wystrzelił snop żółtych iskier. Shettleton z łatwością pochylił się na tyle nisko, by uniknąć bolesnego ciosu. Zachowawszy w ten sposób nieco energii, wycelował palec w nogi demonicznej prostytutki i cisnął w nią seriami smolistych pocisków. Większość ominęła ucieszoną Adellę, która niemal bezgłośnie poruszając ustami zasklepiła dopiero co powstałe, jeszcze krwawiące rany.
        Patrickowi podniosły się kąciki ust, tworząc coś w rodzaju cwaniackiego uśmieszku. Zmrużył oczy i machając palcem nabazgrał w powietrzu znaki runiczne, których kiedyś nauczył się w szkole. Nie musiał się nawet ruszać, żeby uderzyć przeciwniczkę z pięści w brzuch. Magia, której użył, pozwalała mu na opuszczenie swojego ciała. Tak zwana projekcja astralna, w pełni świadoma i sprawna fizycznie, tak jakby najstarszy żyjący Shettleton miał brata bliźniaka.
        Gdy Adella leżała skulona na podłodze, mężczyzna spojrzał raz jeszcze na jej nadzwyczaj wielkie piersi. Wtedy wpadł na diabelski, jak na niego, pomysł.
        Odsunął się na bezpieczną odległość tak, jakby miał do czynienia z niestabilną mieszaniną wybuchową. Wyszeptał złożoną z siedmiu zdań w różnych językach inkantację, po czym biust przeciwniczki zaczął się jeszcze bardziej powiększać. Nieuchronnie zmierzał ku krwawej eksplozji. Kobieta jednak odzyskała przytomność. Zaskoczona obrotem wydarzeń natychmiast cofnęła zaklęcie Patricka i wyprowadziła serie ciosów niewidzialnym ostrzem.
        Pocięta twarz starca krwawiła intensywnie, tworząc rozległe plamy na posadzce. Zastanawiając się, z której strony padnie kolejny cios, obmyślał też strategię swoich posunięć. Ostateczne uderzenie miał już jednak zaplanowane. Wystarczyło tylko osłabić przeciwniczkę.
        Demonica z zaskakującą prędkością zaczęła miotać zielonymi i niebieskimi pociskami, które, w większości omijając Patricka, były mało skuteczne. Wysilając się bardziej była zdolna wytworzyć jedną wielką torpedę, która zniosłaby Shettletona daleko, daleko w otchłań Czeluści. Miała jednak już zbyt mało energii. Utraciła ją bowiem podczas samoregeneracji za każdym razem, gdy została trafiona. Poruszała się zgrabnie, bezszelestnie. Dodatkowym elementem otoczenia przeważającym szalę zwycięstwa na jej stronę była niemal kompletna ciemność, rozpraszana co i rusz blaskiem czarów. Wyglądało to jak dyskotekowy stroboskop.
        Patrick cały czas odpierał pociski. Zdołał wytworzyć niewielką osłonkę, która działała podobnie do pola magnetycznego Ziemi. Nie mogąc się jednak w nieskończoność bronić, zaatakował swoimi smolistymi kulami. Ich siła tkwiła w maleńkich ostrzach, które pod osłoną gęstej substancji niewidoczne raniły ciało wroga. Dodatkowo niebezpieczna byłą też sama czarna maź, która, wdzierając się do krwiobiegu przez otwarte rany mogła wyrządzić niewyobrażalne szkody w organizmie. Poczęstował Adellę około dwudziestoma takimi niespodziankami.
        Wszystko działo się dla niej zbyt szybko. Chociaż sama mogła rozwinąć ponaddźwiękowe prędkości, Patrick był odczuwalnie szybszy. Z ledwością uniknęła natychmiastowej śmierci, pozwalając jedynie na kontakt z czterema zatrutymi pociskami. Znów wyczerpała wiele mocy, by zasklepić krwawiące rany.
        Starzec uśmiechnął się. Popatrzył drwiąco na konającą z wycieńczenia przeciwniczkę i splunął obok niej. Przewrócił ją na plecy, pomagając sobie przy tym butem. Zdumiał się. Niegdyś duże piersi były teraz zupełnie maleńkie, jakby spuszczono z nich powietrze. Chciał się pochylić, by przyjrzeć się im z bliska. Już kucał. Wyciągnął rękę w stronę dekoltu leżącej na ziemi dziewczyny. Ból. Coś złapało go za głowę. Odwrócił się, lecz nie zdołał nic dostrzec na tle przenikliwej czerni. Czuł, jak coś niewidocznego zgniata mu głowę. Przyświecił palcem, a dokładniej resztką mocy przekształconej w promień światła, i zobaczył głowę tak okropną, że każdy człowiek o słabych nerwach padłby na zawał. Stary Shettleton praktycznie cudem tego uniknął.

        Całości przyglądał się związany przez Arthura Greenholda James. Obserwował walkę na pociski, która nie była jednak tak efektowna, jak poprzednie pojedynki Patricka. Przeciwniczka okazała się słaba i nierozważna. Zamiast zignorować rany wolała je uleczyć kosztem prawie połowy swojej mocy. Pół plus pół daje nieubłagalne jeden, co oznacza, że dwukrotnie używszy zaklęcia samoregeneracji, Adella pozbawiła się resztek mocy.
        Jamesowi coś tu jednak nie pasowało. Znane mu z zakazanych ksiąg czary uzdrawiające pochłaniały niemal całą energię maga. Demonica musiała więc mieć zewnętrzne pokłady rozlokowane gdzieś bardzo blisko.
        Bingo! Kluczem do rozwiązania zagadki był nienaturalnie wielki biust czarciej damy. Mieściła w nim moc, a pompując go, Patrick tylko zwiększał powierzchnię zdolną chłonąć energię. Dlaczego więc Adella cofnęła to zaklęcie?
        Tego się już nie dowiemy. Wyzionęła ducha z wycieńczenia. James musiał więc obserwować, jak jeden z Czarnych Demonów mści swoją panią. A był to widok straszny.

        Patricka ogarnęła fala gorąca, zdolna zagotować krew. Mózg promieniował bólem i ciepłem, serce waliło jak oszalałe, oczy zaszły mgłą. Czuł tylko silny uścisk w podstawie czaszki. W pewnym momencie po sali rozległ się cichy trzask oznaczający tylko jedno.
        Starzec upadł bezwładnie na lód. Otaczająca go świetlna aura zniknęła. Kilkanaście niebieskich kul wyleciało z jego ust i ruszyło w stronę oszołomionego wydarzeniem Jamesa.

        Młody Shettleton patrzył, jak łuna wokół ciała Patricka powoli zanika. Organizm bronił się, wykorzystując resztki mocy do wskrzeszenia zmarłego. Gdy jednak zobaczył niebieskie kule zrozumiał, że to definitywny koniec.
        Nie uronił ani jednej łzy. Nie poczuł nawet smutku.
        Spojrzał raz jeszcze na zwłoki dziadka i pomyślał, że mimo braku silnej więzi między nimi, musi go pomścić. Musiał pomścić seniora rodu Shettleton!
        James ruszał rękoma na lewo i prawo tak, by obluzować krępy. W końcu, po długich minutach bezskutecznych zabiegów, udało mu się oswobodzić ręce w taki sposób, żeby strzegący go Arthur nie dostrzegł tego. Następnie przywoływał w myślach najczarniejsze z czarnych zaklęcia, które wyczytał w zakazanych księgach. Przypomniał sobie. Teraz albo nigdy, pomyślał i krzyknął:
        – Ardenta cadavera mortis! –
        Ciała Adelli i Patricka natychmiast wybuchły, tworząc prawdziwą kulę ognia, która wzięła się po prostu z niczego. Uroki magii. Dopiero w świetle pożaru James dostrzegł, że Czarnych Demonów było tam więcej. Teraz leżały wszystkie na lodowej posadzce. Wyglądały na martwe.
        – Coś ty zrobił?! – krzyczał panicznie Arthur. – Pan Virtho mnie zabije… Jestem już skończony… COŚ TY NAJLEPSZEGO NAROBIŁ?!
        – To, co do mnie należało, Arthurze Greenhold. Jedna z twoich potomkiń, Madeleine, broniła mojej matki przed Czarnymi Demonami. Co wiesz na ten temat?
        Mężczyzna chwilę myślał nad odpowiedzią. Formułował w głowie zdania tak, by młodzieniec mógł je zrozumieć.
        – Tylko Sarah była wstanie pokonać w pojedynkę trzy Demony – zaczął, – podczas gdy żaden inny człowiek na Ziemi nie dałby rady nawet jednemu… Pan Virtho chciał ciebie, a Sarah skutecznie utrudniała mu osiągnięcie celu.
        – Miał mnie – przerwał James. – Czemu wtedy nie wziął tego, czego tak bardzo chciał?
        – Bo twoja matka wciąż żyła.
        – Nadal żyje.
        – To bez znaczenia.
        – Czyżby?
        Arthur był wyraźnie zakłopotany takim obrotem wydarzeń. Nie spodziewał się, że młody Shettleton tak dużo wie. Postanowił więc wyłożyć wszystkie karty na stół przekonany, że tym razem to on ma najsilniejszego asa.
        – Pan Virtho nie chciał ciebie zabić. Pragnął tylko odrobiny mocy, której zapewne nigdy nie wykorzystałbyś w całości. Jego doskonały, do czasu, plan zakładał, że uda się ciebie przekabacić na stronę zła i będziesz pierwszym w kolejce na tron Czeluści.
        – Zaraz, zaraz… A prawowici sukcesorzy?
        – Dla Pana Virtho nie liczyły się relacje rodzinne. Ba, w linii sukcesyjnej może tylko trzy osoby są jego potomkami. On lubił ludzi silnych i z potężnymi mocami. W dniu twoich narodzin zapisane już zostało, że jesteś potencjalnym następcą Pana.
        James rozważał taką okoliczność. Przez chwilę wyobrażał siebie jako pana podziemnej krainy zła, lecz szybko wypędził takie myśli. Zwrócił się do Greenholda:
        – Ty miałeś mnie dostarczyć do Virtho?
        – Tak. Wtedy pod gospodą miałem tylko was podjudzić. Wiedziałem, że Cristopher to ty, wiedziałem też, że zmierzał tam Patrick. Byłem prawie pewien, że ruszycie w pogoń za mną. Gdyby tak się jednak nie stało, porozrzucałem martwe ptaki, by was zaintrygować.

        Chłopak bił się z myślami. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl wyjście z Czeluści z Arthurem Greenholdem i połączenie sił w walce ze złem. W następnej chwili snuł już plany pozbawienia go życia. I tak w kółko. Gdy w końcu zatrzymał wyliczanie na śmierci oponenta, musiał pomyśleć, jak się wydostać z tego śmierdzącego gównem miejsca. Jedyną osobą, która mogła mu teraz wskazać drogę, był Arthur.
        – Arthurze Greenhold, wyjdźmy na powierzchnię. Porozmawiajmy przy vairuńskim winie. Jest już prawie dzień, możesz więc być spokojny. Nie złamię konwencji o pojedynkach magicznych.
        Mężczyzna w zielonych szatach zgodził się bez wahania. Szli krętą drogą, prowadzącą w dół. James nie miał pojęcia, dlaczego się zniżają, skoro są pod powierzchnią ziemi. Rozważał różne możliwości, ale to, co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Poczuł dreszcz przebiegający przez całe ciało. Takiego widoku nie potrafił ogarnąć jednym rzutem oka.
        – Właź – rozkazał Arthur.
        James posłusznie wszedł do wielkiego portalu zbudowanego z kości słoniowej z domieszką ludzkich elementów jak: głowy, kończyny, serca, zęby czy piszczele. Wewnątrz tego makabrycznego obramowania rozciągał się zniekształcony krajobraz, oświetlany przez pierwsze nieśmiałe promyki słońca.
        Po niespełna kilku sekundach znalazł się w czymś, co początkowo przypominało kryptę. Widząc jednak duży granitowy ołtarz, chłopak zrozumiał, że znajduje się w świątyni. Nie mógł określić, jakie bóstwo się tam czciło, gdyż postaci na porozwieszanych wszędzie obrazach nie znał.
        – Josif… – westchnął Arthur, który właśnie wypadł z tunelu transportowego. – Największy bohater Vairunu w dziejach, a zarazem mój najlepszy przyjaciel.
        – Jo–josif? – zaciął się James. – Ten, który poskromił Panów Zagłady trzysta lat temu? Przyjaciel? Twój?
        – Tak, Jamesie… Jestem najstarszym człowiekiem stąpającym po Ziemi.
        – Jesteś nieśmiertelny? – zapytał naiwnie chłopak.
        Greenhold roześmiał się.
        – Nie. To moje umiejętności pozwalają mi żyć tyle, ile zechcę.
        Po chwili dodał:
        – Znajdujemy się w świątyni okultystów na skraju Vairunu. Tylko tutaj możemy spokojnie porozmawiać, Jamesie, aby nikt nieproszony nas nie podsłuchał.
        – Nic z tego, starcze…

        James nie był bezradny w zaistniałych okolicznościach. Światło słońca w niczym mu nie przeszkadzało, by użyć magii. Warunek był jeden: nie można było za jej pomocą atakować. Wiedząc to wyczarował potężny dwuręczny miecz, zwieńczony dziwnym zakrzywionym pazurem. Arthur spojrzał nań z niedowierzaniem, po czym odskoczył kilka metrów, o mało nie uderzając głową w wiszącą na ścianie zdobioną złotymi inkrustacjami ramę. Chłopak zamachnął się, a ostrze minęło przeciwnika dosłownie o grubość włosa. Uskakując jak poparzony, Greenhold jednocześnie wyjął z kieszeni płaszcza dwa zatrute sztylety, które następnie cisnął w pewnego siebie Shettletona.
        Bezskuteczny atak staruszka pogłębił jeszcze bardziej zuchwałość Jamesa, który zaczął coraz śmielej wymachiwać dziwnego kształtu mieczem.
        Zaskoczony obrotem wydarzeń Arthur próbował załagodzić sytuację:
        – Obiecałeś…
        – Że? Że nie stoczymy pojedynku magicznego. Nic nie mówiłem o walce wręcz. Poddajesz się bez walki, czy chcesz zginąć honorowo?
        – WY PRZEKLĘCI SHETTLETONOWIE!
        Wyjął z płaszcza jeszcze więcej sztyletów, z których część zraniła Jamesa w ramiona i udo. Nie zrażony niepowodzeniem również wyczarował nie mniejszy od jamesowego miecz.
        Walka rozpoczęła się na dobre. Obosieczne ostrza raniły zarówno właściciela jak i przeciwnika, a podobne umiejętności obu dawały takie same szanse na zwycięstwo. Jeden musiał jednak okazać się lepszym.
        James był młodszy. Był szybszy i sprytniejszy. Natomiast Arthur w ciągu całego życia nabył ogromne doświadczenie.
        Shettleton pchnął Arthura w brzuch, krew trysnęła mu w twarz, którą bez skrupułów otarł rękawem. Oponent zwalił się na granitową posadzkę jak ścięty dębowy pień. Nie zdążył nawet przekląć, umarł szybko.
        Miecz Jamesa zatruty był niezwykle silnym specyfikiem, który działał w mgnieniu oka. To był kluczowy czynnik, który przyczynił się to sukcesu chłopaka.

        Zza rogu wyszedł klaskający ojciec Zigio.
        – Kim jesteś?! – krzyknął zaskoczony Shettleton.
        – Jestem sługą Josfia. Okultystą.
        – Czego chcesz? Co właściwie tu robię?
        Zigio spojrzał na niego z troską i politowaniem.
        – Portal w Czeluści zorientowany był na to miejsce przeze mnie. Miecz też wyczarowałeś taki, a nie inny. Zdobywając zaufanie Adelli mogłem poznać jej plany. Przyszedł do mnie też Patrick… Wszystko ułożyło się w znakomitą całość. Musisz wiedzieć, że twoi przodkowie… Byli okultystami. Ta cała bajeczka o dziedziczeniu mocy… Moc zawdzięczacie głównie okultyzmowi. Począwszy od Lady Elisabeth aż po ciebie, drogi Jamesie.
        – A moja matka? I Czarne Demony?
        – To pozostawiam już tobie do rozstrzygnięcia…

        James wyszedł ze świątyni ubrany w czarny płaszcz. Skierował się ku gospodzie. Odwrócił się, by rzucić okiem na ostoję okultystów.
        – Jeszcze tu wrócę… – powiedział sam do siebie i ruszył.
KONIEC
******


Dobrnęliśmy do końca. Niedługo pojawi się wersja do ściągnięcia offline w PDFie.
Pozdrawiam i zapraszam na następne opowiadanie :)

15 komentarzy:

  1. Przewidujesz kiedyś kontynuację ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkiem nieźle. Niektóre motywy są mocno oklepane, "cliche", ale pod względem spójności fabularnej, postaci i takich przyziemnych spraw jak ortografia i interpunkcja nie ma się do czego przyczepić. Oby tak dalej, czekam na dalszy ciąg i zapraszam do mnie: www.majo-no-uta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalszy ciąg przygód Jamesa Shettletona przewiduję na koniec lutego - początek marca. Nieoficjalnie mogę podać tytuł roboczy fabuły "Majątek rodu Shettleton" :P

      Zapraszam do odwiedzania bloga częściej, kończę właśnie pisać pierwszy rozdział nowego opka, a szkielecik już ułożony do końca więc pójdzie gładko i w miesiąc się może wyrobię :D

      Usuń
  3. Zastanawiałeś się kiedyś nad napisaniem książki? Piszesz na poziomie, który spokojnie dorównuje takim pisarzom jak chociażby Jacek Piekara i Andrzej Sapkowski.

    P.S Zapraszam na mojego bloga - wiele znaczyłaby dla mnie twoja opinia na temat moich opowiadań ;) mikolajwisalwritesstories.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Porównanie do Piekary czy Sapkowskiego to wielki komplement, aczkolwiek nie uważam bym na to zasłużył ;) Daleko mi do mistrzów gatunku, jednak nie mniej dziękuję!
      Książkę planuję napisać, nawet rzekłbym, że pewną sagę, ale są to plany zdecydowanie odległe. Za jakiś czas (może w listopadzie) rozpocznę publikowanie drugiego opowiadania o Jamesie Shettletonie tutaj na blogu i będę się starał pozyskać nową widownię :)

      Dzięki!

      Usuń
  4. mikolajwisal does blogs napisał że piszesz na poziomie Sapkowskeigo i Piekary
    nie zgadzam się z tym przeczytałem fragment i jak sam przyznałeś daleko Ci jeszcze do takiego poziomu co się chwali.
    Z fragmentu który przeczytałem wnioskuje że jesteś fanem hp
    Fragment który przeczytałem oceniam na 7/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ukrywam, że jestem początkującym (choć z długim stażem) pisarzem i nie wszystko wychodzi tak, jakbym chciał, żeby wyszło, dlatego uznałem to porównanie jedynie za delikatny bodziec motywacji do dalszego tworzenia.
      Jak najbardziej chciałbym pisać coraz lepiej, dlatego mile widziane są wszelkie słowa krytyki i wytykanie różnorakich błędów.

      Lubię HP, przeczytałem całość, ale wielkim entuzjastą nie jestem. Klimaty fantasy, magii itp. są mi jednak bardzo bliskie, bo to mój ulubiony gatunek epiki.

      Usuń
    2. Ja jestem wielkim fanem HP w sumie dorastałem wraz z książkami o nim i każdą co najmniej 4 razy przeczytałem więc jestem uczulony na drobne nawiązania czy zapożyczenia z tej serii.
      Powinieneś bardziej popracować nad własnymi "zaklęciami"

      Usuń
    3. O! A to ciekawy zarzut ;) Podczas pisania tego opowiadania, ani razu nie przyszło mi na myśl, że coś może być podobnego do jakiejkolwiek innej powieści czy opowiadania. Mógłbyś mi wskazać, o jakie zaklęcie dokładnie chodzi? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co może być podobne do HP w moim opowiadaniu.

      A z tym czytaniem to mam podobnie ;)

      Usuń
  5. Jedno zaklęcie użyte przez Jamesa ( zresztą to też mi nasuwa myśl o HP)
    – Ardenta cadavera mortis! –
    Nasuwa mi się adeva kedavra ot ciut zmienione

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już spieszę z wyjaśnieniami.
      1. James to popularne imię i to, że zostało użyte w jakiejś powieści nie znaczy, że nie mogę go wykorzystać :) Tego całkowicie nie rozumiem.
      2. Zaklęcie "Ardenta cadavera mortis". Hmmm przytoczyłeś złą pisownię z HP bo było Avada Kedavra, ale podczas pisania opowiadania zupełnie o tym nie myślałem. Trochę chybiłeś z oskarżeniem, bo nazwa mojego zaklęcia (jak też wiele innych, w różnych opowiadaniach) zaczerpnięta jest z łaciny i oznacza dosłownie "śmierć przez spalenie".

      Usuń
  6. Imienia jako tako się nie czepiałem ot taka mała myśl podczas pisania mi się nasunęła.
    Zaklęcie pisałem z pamieć a co do łaciny to nie miałem do czynienia bezposrednio

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem :) Mogę Cię zapewnić, że podczas pisania, nie wzoruję się na nikim i na niczym. Ewentualne podobieństwa mogą wystąpić zupełnie nieświadomie (gdy np. nie czytałem jakiejś powieści) i na pewno nie są zamierzone.

      Czasem jednak ciężko jest wymyślić coś zupełnie własnego, co by się nigdzie indziej nie powtórzyło. Tak jest chociażby z fikcyjnymi językami. Nie jestem mistrzem Tolkienem, więc często posiłkuję się łaciną, którą bardzo lubię.

      Usuń
    2. Tolkien znał "tylko" kilka języków martwych więc nie sądzę żeby komuś się podobny wyczyn jak mu udał. Ok dowiedziałem się czego chciałem koniec tematu.

      Usuń